Miasto we krwi – artykuł Łukasza Czarneckiego o historii Nankinu.

Jedna z największych masakr cywili w historii, zapowiadająca okropieństwa II wojny światowej, wydarzyła się w Chinach – pewnie dlatego w Europie rzadko się o niej pamięta.

Łukasz Czarnecki*

(Tekst ukazał się w numerze 5/2014 „Wiedza i Życie” www.wiz.pl

Na stronie CTA został opublikowany za zgodą Wydawcy.)

Nankin to położone nad rzeką Jangcy starożytne miasto we wschodnich Chinach, dawna stolica dynastii Ming, a później Chin kuomintangowskich, miejsce uroczystego pochówku Ojca Republiki – Sun Yat-sena. Metropolia odgrywająca w Państwie Środka taką rolę jak w Polsce Kraków. Na przełomie grudnia i stycznia 1937 r. Nankin wpadł w ręce maszerującej przez Chiny japońskiej armii – i dotychczas piękna aglomeracja stała się przedsionkiem piekła. Na ulicach leżały zwały trupów, wokół szalały płomienie, wszędzie słychać było wrzaski mordowanych, a wody Jangcy i pobliskich stawów zaczerwieniły się od krwi. Bucie i nienawiści najeźdźców sprzeciwiło się jedynie 27 pozostałych w mieście Europejczyków i Amerykanów, na których czele stanął, o ironio, nieprzejednany nazista.

Początek wojny

Przez całe lata 30. XX w. stosunki pomiędzy rządzonymi przez Kuomintang i Czang Kaj-szeka Chinami a Japonią były nadzwyczaj napięte. Cieniem kładła się na nich sprawa powołanego do życia przez Japończyków państewka Mandżukuo i coraz wyraźniejsze imperialistyczne zapędy Japonii dążącej do jak największego osłabienia Państwa Środka. Rozgoryczone japońską butą społeczeństwo chińskie głośno domagało się ukarania kłopotliwego sąsiada. Rozważny przywódca Kuomintangu Czang Kaj-szek nie śpieszył się jednak do konfrontacji z cesarstwem. Wyszkolony w japońskiej uczelni wojskowej zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z rażącej dysproporcji sił. Japońskie wojsko było o wiele lepiej wyszkolone i uzbrojone niż armia chińska. Świadomy tego Czang zainicjował program działań naprawczych mających wzmocnić Chiny, w tym reformę wojska. Chiński wódz zatrudnił m.in. niemieckich instruktorów, złożył też w Europie pokaźne zamówienia na broń.

Japończycy uważnie obserwowali te działania. W żadnym razie nie zamierzali dopuścić do wzmocnienia Chin. Dla wszystkich, zarówno na kontynencie, jak i na archipelagu, było jasne, że prędzej czy później dojdzie do konfrontacji.

7 lipca 1937 r. na położonym niedaleko Pekinu moście Marco Polo doszło do wymiany ognia pomiędzy oddziałem chińskim a żołnierzami japońskiej Garnizonowej Armii Chin Północnych stacjonującej tu na mocy protokołów z 1901 r. (ich podpisanie kończyło powstanie bokserów). Do dziś nie wiadomo, kto zaczął strzelaninę, która zresztą szybko ustała i w której nikt nie zginął, lecz która też dała japońskim wojskowym dawno wyczekiwany pretekst do akcji militarnej. Mimo iż część polityków z Tokio próbowała jeszcze ugasić ogień, szybko okazało się, że armia ma ich starania za nic. Tym sposobem pozornie niewinny wypadek stał się początkiem krwawej wojny. Co ciekawe – wojny niewypowiedzianej, gdyż Japończycy nie raczyli nawet formalnie wypowiedzieć jej przeciwnikowi i swoje działania na kontynencie uparcie określali „incydentem chińskim”. „Incydent” ten ostatecznie kosztować miał życie 20 mln Chińczyków.

Bitwa o Szanghaj

Pekin padł szybko, a dowodzący obroną generał Zhang Zhizhong, właściwie nie wdając się w walkę, wydał podległym sobie oddziałom rozkaz odwrotu. Sam uciekł z miasta na rowerze. Na usprawiedliwienie nieszczęsnego generała powiedzieć można, że jego siły były kiepsko uzbrojone i wyszkolone, nie miały więc żadnych szans w starciu z przeciwnikiem. Tymczasem japońska machina wojenna ruszyła. Na wsparcie operującym już na kontynencie żołnierzom (stacjonującej w Mandżukuo Armii Kwantuńskiej i Armii Korei) wyruszyły wojska z archipelagu. Dowódcy tych potężnych sił zapowiadali, że zmiażdżą wszelki opór w ciągu trzech miesięcy.

Czang Kaj-szek oczywiście nie czekał na inwazję z założonymi rękami. Wiedząc, że bezpośrednia konfrontacja militarna musi zakończyć się klęską, starannie opracowywał ze swoimi sztabowcami plan długiej wojny obronnej. Zdecydował się na wydanie nieprzyjacielowi bitwy w Szanghaju, największym porcie Państwa Środka, zwanym też „chińskim Nowym Jorkiem”. Zdawał sobie bowiem sprawę, że w mieście tym przeplatają się interesy wielkich mocarstw, a ich obywatele licznie zamieszkują tamtejsze dzielnice cudzoziemskie. Chiński przywódca wierzył, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone wesprą go dyplomatycznie w zmaganiach z Japonią. Walki toczone o Szanghaj miały zwrócić ich uwagę na „chiński problem” i przekonać do udzielenia pomocy Kuomintangowi.

Do miasta wysłano elitarne wyszkolone przez Niemców dywizje, mające odeprzeć spodziewany japoński desant. Bitwa rozpoczęła się 13 sierpnia i trwała przez kolejne trzy miesiące. Chińska armia dała za wygraną dopiero na początku listopada, tracąc do tego czasu od 180 do 300 tys. żołnierzy. Chińskie Termopile zwróciły uwagę świata na konflikt, ale nie spełniły w pełni swojego zadania – oczekiwany ratunek nie nadszedł.

Wkrótce po upadku Szanghaju rozpoczęła się ewakuacja Nankinu. Front zbliżał się szybko. Ludzie uciekali z miasta, jak tylko się dało: łodziami, zapchanymi pociągami lub pieszo. Na ich miejsce napływali jednak wciąż nowi uchodźcy i wycofujący się żołnierze, tak że w przededniu pojawienia się Japończyków populacja Nankinu nadal wynosiła około 700 tys. mieszkańców.

Uciekali nie tylko cywile. Na rozkaz Czang Kaj-szeka metropolię opuściły też władze państwowe, urzędnicy, skarby sztuki i zapasy złota. Chiński przywódca nie zamierzał jednak pozostawiać miasta bezbronnego – pozostawił w nim 90 tys. żołnierzy pod wodzą gen. Tanga Shengziego, który zapowiedział walkę do ostatniej kropli krwi. Deklaracje te były niewiele warte. Gdy 9 grudnia Japończycy przystąpili do oblężenia stolicy, generał natychmiast rozpoczął negocjacje dotyczące kapitulacji. Ponieważ nie przyniosły one skutku, zdecydował się wydać podległym sobie wojskom rozkaz odwrotu (sam uciekł motorówką). W jego ślady poszła większość oficerów. 13 grudnia do miasta weszli Japończycy.

Rzeź i gwałty

Wkraczający do Nankinu żołnierze nieprzyjaciela spotkali się początkowo z całkiem ciepłym powitaniem ze strony miejscowej ludności. Mieszkańcy stolicy mieli nadzieję, że słynący z zamiłowania do porządku najeźdźcy opanują szalejący w mieście chaos. Wiarę tę podsycały zrzucane przez japońskie lotnictwo ulotki obiecujące łagodne traktowanie jeńców i ludności podbitego terytorium. Nankińczycy nie wiedzieli lub woleli nie wiedzieć o losie nieodległego Suzhou, którego mieszkańcy niespełna miesiąc wcześniej zostali zmasakrowani przez Japończyków.

Mieszkańcom Nankinu, którzy przezornie wiwatowali na cześć wkraczających wojaków i machali japońskimi flagami, odpowiedziano ołowiem. Grupki najeźdźców zaczęły rozchodzić się po mieście, strzelając do każdego, kogo napotkały. A to był dopiero początek koszmaru.

Natychmiast po zajęciu miasta 50-tysięczna armia okupacyjna stanęła przed niezwykle trudnym zadaniem logistycznym. Mianowicie co począć z 90 tys. chińskich żołnierzy, którzy wpadli w jej ręce. Dowódca wkraczających do Nankinu oddziałów – cesarski kuzyn, książę Asaka Yasuhiko (funkcję tę pełnił w zastępstwie powalonego przez atak gruźlicy gen. Matsui Iwane) – nie miał wątpliwości: wydał rozkaz ich rozstrzelania. Podjęcie takiej decyzji ułatwiała japońskiemu dowódcy samurajska tradycja, w której duchu zarówno on, jak i jego oficerowie byli wychowywani; etyczny kodeks japońskich wojowników nie przewidywał bowiem żadnej litości dla pokonanego przeciwnika. Co więcej, dla cesarskich żołnierzy wróg, który się poddał, był godny najwyższej pogardy. Jedna z największych masowych egzekucji w historii została wykonana pod położoną niedaleko Nankinu górą Mufu i pochłonęła życie około 57 tys. ludzi, których rozstrzelano z karabinów maszynowych. Biorąc pod uwagę, co w tym samym czasie Japończycy wyprawiali w samym mieście, rozstrzelanych można uznać za szczęściarzy: zginęli w miarę szybko od kul. W dziedzinie długiego i bolesnego zabijania najeźdźcy byli bowiem przerażająco pomysłowi.

Przez następne sześć tygodni stara stolica Mingów była świadkiem dantejskich scen. Japońscy żołnierze brali do niewoli wszystkich napotkanych mężczyzn, a potem ich uśmiercali. Nieszczęsnych Chińczyków zakłuwano bagnetami, dekapitowano samurajskimi mieczami lub grzebano żywcem. Wielu jeńców grzebano tylko do połowy, ewentualnie pozostawiano na powierzchni ich głowy, a następnie tratowano ich końmi lub rozjeżdżano czołgami. Na porządku dziennym było krzyżowanie, rozrywanie na strzępy, odcinanie nosów i uszu, wyłupywanie oczu lub wieszanie za języki. Niektórych spośród schwytanych nankińczyków Japończycy wiązali, a następnie wykorzystywali jako żywe poduszki do igieł, innych rzucali na pożarcie wygłodniałym owczarkom alzackim. Jedną z ulubionych „zabaw” cesarskich wojaków było polewanie jeńców benzyną i ich podpalanie. Mnichów buddyjskich kastrowano, kobietom w ciąży wyrywano płody. Przed furią zdobywców nie chroniły ani wiek, ani płeć, ani status społeczny. Dochodziło do aktów kanibalizmu i bezczeszczenia zwłok.

Osobną kwestię stanowią gwałty. Szacuje się, że w trakcie trwającej półtora miesiąca orgii zniszczenia ich ofiarą padło około 80 tys. kobiet, niezależnie od wieku. Dowództwo nie pozostawało w tyle za swymi podwładnymi, w gwałtach brali udział także wysocy rangą oficerowie.

Strefa Bezpieczeństwa

Szacuje się, że w wyniku nankińskiej rzezi zginęło około 300 tys. Chińczyków. Ci, którzy przetrwali, zawdzięczali życie grupce obcokrajowców, pozostałych w oblężonym mieście wbrew rozsądkowi, aby nadzorować powołaną przez siebie Strefę Bezpieczeństwa. Był to położony na zachód od centrum miasta obszar, w ramach którego znalazły się m.in. budynek amerykańskiej ambasady, Uniwersytet Nankiński oraz Kobieca Szkoła Sztuk i Nauk Jinling. Teren ten miał w zamyśle jego założyciela, W. Plummera Millsa, służyć do założenia obozu dla uchodźców, których domy zostały zniszczone w trakcie japońsko-chińskich walk. Ani Mills, ani żaden z jego znajomych zasiadających w zarządzającym strefą Międzynarodowym Komitecie nie podejrzewali nawet, że ich pomysł okaże się ostatnią deską ratunku dla nankińczyków, którzy w obliczu okrucieństwa cesarskiej armii zaczęli tłumnie napływać do strefy.

Spośród 27 obecnych w Nankinie przybyszów z państw Zachodu (o ile można tak mówić o ludziach, którzy w Chinach spędzili większość swego życia) szczególnie wyróżnił się jedyny w owych dniach chirurg w Nankinie – doktor Robert Wilson, dniem i nocą operujący rannych Chińczyków i nielękający się stawać w obronie swoich pacjentów. Osobiście ocalił trzy leżące w szpitalu Uniwersytetu Nankińskiego dziewczyny, odciągając od nich żołnierza-gwałciciela. Tych wyleczonych nankińczyków, którzy bali się wracać pieszo do domów, odwoził karetką przyjaciel doktora – James McCallum. Najważniejszą i chyba najdziwniejszą postacią spośród owej grupki bohaterów był jednak John Rabe: niemiecki przedsiębiorca i zwierzchnik strefy, człowiek wielkiej odwagi i wielkoduszności. A także zagorzały zwolennik narodowego socjalizmu i szef nankińskiej komórki NSDAP.

Anioł ze swastyką

W ciągu sześciu tygodni morderstw, rabunku i gwałtu plądrujący Nankin japońscy żołdacy raz za razem doświadczali dziwnej sytuacji. Co jakiś czas w miejscach ich ekscesów pojawiał się samochód z chorągiewką ze swastyką, z którego wysiadał niewielki łysy mężczyzna w stalowym hełmie na głowie. Tajemniczy osobnik podbiegał do Japończyków, podtykał im pod nos noszoną przez siebie opaskę z symbolami NSDAP i urządzał awanturę. Żołnierze, niemogący ot tak zastrzelić obywatela sprzymierzonego mocarstwa, z reguły pokornie się wycofywali. Niewielki człowieczek ruszał zaś w dalszą drogę po płonącym mieście.

Człowiekiem, który krążył po ziemskim piekle, jakim stała się chińska stolica, był właśnie wspomniany szef Strefy Bezpieczeństwa – John Rabe. Mieszkający w Chinach od blisko 30 lat Niemiec w obliczu niemożności powstrzymania rzezi drogą urzędową (od chwili zdobycia miasta wielokrotnie interweniował w japońskim konsulacie) postanowił wziąć sprawy we własne ręce i dzień w dzień ruszał w miasto, by wyrywać Chińczyków z rąk oprawców. Jego samochodowe eskapady raz za razem przerywali wybiegający przed maskę automobilu nankińczycy błagający go o ratunek dla siebie i swoich rodzin. Prócz tego „żywy Budda z Nankinu”, jak rychło zaczęli zwać go ocaleni przez niego ludzie, udostępnił uciekającym przed rzezią Chińczykom swój dom i ogród, które przemieniły się w obóz dla uchodźców. Jako że Japończycy usiłowali dostać się na jego teren, by zgwałcić przebywające w nim kobiety, Rabe nocami pilnował domu, a przebywającym w nim Chinkom rozdał gwizdki, by użyły ich na widok napastników.

Postscriptum

Gdy rzezie w końcu ustały, najeźdźcy zainstalowali w Nankinie kolaborancki rząd pod przewodnictwem premiera Wanga Jingweia. Przez następne osiem lat stolica republikańskich Chin znajdowała się w rękach japońskich zdobywców, którzy co roku zmuszali nankińczyków do upokarzającego świętowania „wyzwolenia Nankinu”.

Wieści o masakrze w Nankinie szybko przedostały się do zachodniej opinii publicznej. Choć już na samym jej początku Japończycy wyprosili z miasta wszystkich europejskich i amerykańskich dziennikarzy, i tak zdążyli oni co nieco zobaczyć. Świadectwo wystawili też zarządzający Strefą Bezpieczeństwa misjonarze i uczeni, opisujący zbrodnie w listach wysyłanych do rodzin. Wiele z tych relacji opublikowano potem w prasie, a niejednokrotnie wzbudzały one niedowierzanie czytelników. Swoją cegiełkę dołożył też John Rabe, który przygotował obszerny memoriał dla Hitlera, a po powrocie do Niemiec w 1938 r. starał się na wszelkie sposoby nagłośnić japońskie zbrodnie, wygłaszając odczyty w niemieckich instytucjach kulturalnych. Próbował też bezskutecznie dotrzeć do wodza III Rzeszy. Zamiast audiencji doczekał się jednak wizyty funkcjonariuszy Gestapo, po której pracodawca Rabego – firma Siemens – szybko wysłała go do Afganistanu.

Po wojnie osądzono i skazano na śmierć tylko kilku oficerów związanych z rzezią Nankinu – w tym generała Matsui. Warto jednak wspomnieć, że tego pobożnego buddystę dręczyły straszliwe wyrzuty sumienia związane z masakrą, czego wyrazem było m.in. ufundowanie przez niego, jeszcze w trakcie wojny, świątyni poświęconej pamięci ofiar. Książę Asaka jako członek cesarskiej rodziny uniknął odpowiedzialności i przeżył resztę życia w spokoju, oddając się swej największej pasji, czyli grze w golfa. Zmarł w 1981 r. Tchórzliwy generał Tang Shengzi został zesłany do prowincji Hunan. W czasie chińskiej wojny domowej w latach 1946–1949 przeszedł na stronę komunistów. W Chińskiej Republice Ludowej pełnił szereg ważnych funkcji. Obsypany zaszczytami zmarł w 1970 r.

Losy cudzoziemców z Międzynarodowego Komitetu Strefy Bezpieczeństwa potoczyły się różnie. Większość z nich nigdy nie podniosła się po straszliwych przeżyciach. Doktor Wilson przeżył załamanie nerwowe i wrócił do Stanów Zjednoczonych. John Rabe był po wojnie aresztowany zarówno przez Sowietów, jak i Brytyjczyków, w wyniku procesów denazyfikacji stracił pracę i wraz z całą rodziną przymierał głodem. Gdy o jego losie dowiedzieli się mieszkańcy Nankinu, zorganizowali zrzutkę pieniędzy, w wyniku której na konto „dobrego nazisty” wpłynęło 2 tys. dolarów. Rząd Czang Kaj-szeka zaproponował nawet Rabemu stałą pensję, ale ten odmówił. Zmarł w 1950 r.

W Nankinie stoi dziś pomnik przypominający ofiary masakry. Japonia nigdy nie wypłaciła ofiarom rzezi Nankinu żadnych odszkodowań ani nie wyraziła skruchy, a japońscy nacjonaliści po dziś dzień negują, że masakra kiedykolwiek się wydarzyła.

*Łukasz Czarnecki, publicysta, zajmuje się popularyzacją dziejów Orientu, starożytności i Bizancjum.

Tekst ukazał się w numerze 5/2014 „Wiedza i Życie” www.wiz.pl

Na stronie CTA został opublikowany za zgodą Wydawcy.